powrót na stronę www.slo5.edu.pl

W naszym liceum od wielu lat działa Szkolny Klub Wolontariatu, współpracujący z panią pedagog z ZSG Nr 1 i milanowską świetlicą środowiskową. Skupia zwykle kilka osób, które pomimo wielu szkolnych obowiązków i intensywnego życia towarzyskiego znajdują czas, by pomagać innym. Nie robią tego ani dla poklasku, ani dla punktów przydających się w rekrutacji „gdzieś tam”, tylko z prostego odruchu serca, wewnętrznej potrzeby i przekonania, że pomaganie innym daje wiele, wiele radości. I potrafią swoje zaangażowanie pogodzić ze szkolnymi obowiązkami. Nasi uczniowie rozwiązują ze swoimi podopiecznymi nie tylko zadania z matematyki, ale i bardzo poważne problemy wieku wczesnoszkolnego. Ofiarowują małym przyjaciołom swoją uwagę, życzliwość i dojrzałość starszego „rodzeństwa” , a trzymują w zamian coś bezcennego – uśmiech na dziecięcej buzi.

O tym właśnie traktuje opowieść jednej z naszych wolontariuszek:

Do świetlicy wpadam jak zwykle spóźniona, ciągnąc za sobą zapach frytek robionych na pdż-ecie. Jest po 16, więc dzieciaki powinny już wrócić z boiska. Całe szczęście, bo znowu zmyłyby mi głowę za to, że mam na sobie spódnicę i buty, które wyglądają raczej jak narzędzie tortur niż obuwie sportowe. Za każdym razem muszę odpowiadać na pytanie, po co właściwie je noszę, skoro nie mogę w nich grać w słupy, berka czy 21.

Jak zwykle, gdy tylko przekroczę próg, dopada mnie radosny harmider wywołany przez dzieci, które nie wiedzą jeszcze, co to pochodne i transgresja (o wy szczęśliwe istoty!). Ledwo zdążyłam zdjąć kurtkę, kiedy Jula (druga klasa podstawówki) zaczęła ciągnąć mnie w stronę miejsca, gdzie z Patrycją (koleżanką z klasy) grała w statki – nie żeby któraś potrafiła. Usiadłam, potłumaczyłam, przez 10 minut powtarzam: „Białym zaznaczasz pudło, czerwonym trafienie”, ale i tak mylą im się kolory. Chwilę później Wiktor (5 klasa) pyta, czy zagram z nim w scrabble, bo nikt nie chce. Wychodząc z założenia, że dwie dziewczynki poradzą sobie dalej same, przystaję na propozycję. O jakże naiwne było moje myślenie! Następuje obraza majestatu, bo śmiałam przedłożyć potrzeby innego dziecka nad Julki i statki lądują z powrotem na półce. Kiedy zgodziłam się zagrać z chłopcem, magicznie znalazły się jeszcze dwie chętne do gry osoby: Marianka (rówieśnica Wiktora) i Natalka (2 klasa podstawówki). Zaczynamy grę. Co kolejkę powtarza się ten sam schemat: Wiktor zastanawia się 5-10 minut nad ruchem, a później próbuje nas przekonać, że „żaba” pisze się przez „rz”, natomiast Natalka nigdy nie ma żadnego słowa do zbudowania. Ledwo mam czas na odnotowanie tych faktów, bo podchodzi do mnie młodsza siostra Natalki – Wiktoria (lat 5 i 7/12), żeby podarować mi rysunek, który wygląda, jakby go namalował wczesny (a może późny?) Picasso; potem pokazuje mi swoje nowe różowe legginsy, bluzkę z kokardką (nad którymi również jestem zobowiązana wyrazić zachwyt), po czym na moich kolanach ląduje pluszowy kot Puszek, którego mam pilnować jak oka w głowie.

Jak to zwykle bywa, spokój nie trwa długo, bo za chwilę na stole ląduje wyciągnięty z dna szafy zakurzony skarb – pudełko pełne koralików różnych faktur i kształtów. W związku z czym pierwsza scrabble porzuca Natalka, która robi to bez żalu, jako że i tak ma 0 punktów. Następnie wyłamuje się Marianka, która jednak na swoim miejscu zostawia czternastoletnią Kasię (najstarszą w tym gronie). W końcu nawet Wiktor ulega pokusie kreacji i pozostajemy na placu boju same z Kasią. Żadna z nas nie ma ochoty na dalszą grę, więc scrabble idą w odstawkę. Tymczasem na drugim końcu stołu toczy się prawdziwa bitwa, w której trudno rozróżnić kończyny poszczególnych milusińskich, a koraliki latają ponad głowami i toczą się po ziemi. Most wanted są te w kształcie sześcianów, więc Kuba (3. klasa), który zebrał większość z nich, staje się obiektem zazdrości. W końcu wrzawa wojenna opada, a pobojowisko, które się wyłania, okazuje się mieć kolosalne rozmiary. Na szczęście panie opiekunki szybko przekonują dzieciaki do sprzątania. Część dzieci zbiera się do domu.

Koło mnie siada Kuba i rozkłada grę, więc cóż mogę zrobić jak nie przyłączyć się? Okazuje się, że w pudełku brakuje wielu elementów. Na szczęście jest jeszcze jedno z tą samą grą. Wspólnymi siłami udaje nam się skompletować jedną grę, której nic nie brakuje. Rozgrywka jest zażarta, a emocje sięgają zenitu, kiedy pod koniec wyprzedzam Kubę o dwa punkty. Ostatecznie okazuje się, że los jest przewrotny i ponoszę haniebną porażkę. Kuba idzie do domu, a jego miejsce zajmuje Natalka, która ma już w ręku przygotowanego Farmera. Jej siostra nie chce być gorsza, więc siada po mojej drugiej stronie i rozkłada kostki domina. Niedługo udaje mi się ciągnąć dwie gry jednocześnie, ale na szczęście z pomocą przychodzi mi Kasia, które przejmuje ode mnie rozgrywkę z Wiktorią.

Nagle robi się 18. Po Natalkę i Wikę przychodzi mama, ja pomagam pani Monice dokończyć sprzątać koraliki, które pochowały się po kątach. Wyczerpana fizycznie i emocjonalnie znajduję jakieś krzesło. Ufff…

Wtem z przedsionka wraca Wiktoria, przytula się do mnie i pyta: „Będzie pani jutro?”. Pojutrze mam sprawdzian z matematyki, do którego nie zaczęłam się jeszcze uczyć; wypracowanie z polskiego, powtórzenie maturalne z chemii i pracę z niemieckiego, ale co mam odpowiedzieć? Odpowiadam: „Jasne”, czym zasługuję sobie na najpiękniejszy uśmiech, jaki kiedykolwiek widziałam. Ten uśmiech pozwolił mi uznać, że robienie zadanek z matmy do trzeciej nad ranem jest warte tego, by zobaczyć go znowu.


 Ania

                   Milanówek 29.04.2015


powrót na stronę www.slo5.edu.pl